Przejdź do treści

„Warto jest ogrzewać chłód, aby samemu nie tracić ciepła. Czyli dawać z siebie, aby pozostać człowiekiem”

Zdjęcie: archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Dwie dziewczyny pijące piwo
Czy odchudzając się, muszę zrezygnować z alkoholu? Wyjaśnia dietetyk Olga Chaińska
Usuwanie lakieru hybrydowego z paznokci
Nie wiesz, jak zregenerować paznokcie zniszczone po hybrydzie? Skorzystaj z trików kosmetyczki
Zdjęcie małego Leonardo DiCaprio wywołało burzę w Internecie. „Czuję jak śmierdzi to zdjęcie”
Kobieta w mieszkaniu
Wilgoć w domu może skutkować pleśnią albo grzybem na ścianie. Co zrobić, aby pozbyć się wilgoci?
Gwiazdy „Sex Education” uczą się mówić „siusiak”, „cipka” i „jaja”. To świetna promocja bardzo dobrego i potrzebnego serialu

Ola żyje w dwóch światach. W Polsce, gdzie jest pediatrą i wychowuje dwójkę własnych dzieci, i w Afryce, gdzie w sierocińcu pomaga ponad 200 „obcym”. W obu miejscach czuje się jak w domu. Na jedną z misji zabrała swoją nastoletnią córkę. –  Jeśli ma się stać coś złego, to zdarzy się wszędzie. Dobrze jest pomagać. I dać sobie pomóc – mówi. Bo kto komu jest bardziej potrzebny: Ola misji czy misja Oli, to wcale nie jest takie oczywiste.

Ewa Kaleta: Jak się zostaje misjonarką?

Ola: Bardzo spontanicznie i niespodziewanie. Przynajmniej ja tak zostałam. Nie było w moim życiu takiego planu, żeby jechać do Afryki leczyć dzieci. Zaczęło się od tego, że przeprowadziłam się z Wrocławia do Warszawy i zaczęłam pracę w przychodni. Któregoś dnia wchodząc do pokoju socjalnego zobaczyłam przyklejoną do ściany kartkę. Było na niej napisane, że poszukiwany jest pediatra, który chciałby pomóc w sierocińcu prowadzonym przez polskie siostry zakonne. Sierociniec jest w Afryce w Zambii w miejscowości Kasisi.

Ta kartka po prostu do mnie przemówiła – tylko tak mogę to nazwać. Poczułam, że chcę tam jechać. Nigdy wcześniej nie myślałam o misjach, ale chciałam zawsze pomagać dzieciom. To wszystko. Za bardzo się nad tym nie zastanawiałam, po prostu poczułam, że muszę tam jechać. Miałam 36 lat, miałam już specjalizację, byłam pediatrą alergologiem, miałam dwoje swoich dzieci. Córka miała 10 lat a syn 6.

Co na to twoja rodzina, znajomi?

Rodzice się bali, pytali, po co mi to, dlaczego nagle podejmuję takie decyzje, o co mi chodzi. Bali się o mnie, że coś mi się stanie, że to niebezpieczne. Z dziećmi zawsze jestem szczera i mówiliśmy otwarcie o wyjeździe. Wyjazdy były krótkie, 6 tygodni. Wiedziałam, że damy radę i to przetrwamy. Codziennie na telefonach, esemesach.

 

Do Kasisi pojechałam 3 razy. Moim dzieciom zdarzało się bać o mnie, ale tłumaczyłam im, że nic mi nie grozi. Zresztą, córka na trzecią misję pojechała ze mną. Miała 15 lat, były akurat ferie, pojechałyśmy na miesiąc, więc zarwała 2 tygodnie szkoły. Dostałam od sióstr otwarte zaproszenie dla całej rodziny. Córka bawiła się z dzieciakami cały czas, spotykałyśmy się tylko na stołówce podczas posiłków. Wcale nie chciała być lekarzem. Chciała się opiekować dzieciakami, poznać je.

Pewnie słyszysz to pytanie często: nie bałaś się?

Bałam za pierwszym razem, ale wszystko minęło, kiedy wylądowałam na miejscu. Poczułam to ciepłe wilgotne powietrze. Takie przytulne. Poczułam się u siebie. Na swoim miejscu. Lęki minęły. Jak jechałam gruntową drogą przez busz dwie godziny, to byłam zdziwiona, ale nie było we mnie lęku. Do najbliższego miasta z Kasisi jedzie się godzinę. Najbliższy szpital jest w stolicy. Trudno o pomoc medyczną. Ale kiedy już się tam jest, nie patrzy się na to tak, jak tu. Tu to budzi lęk, a tam działasz w zastanej rzeczywistości, jesteś tu i teraz.

Jakie były trudności? Co cię przerosło na miejscu?

Nie można było ot tak wyjść sobie samemu z sierocińca wieczorem. Bo mogło zaatakować dzikie zwierzę. Obok były krokodyle, węże. Raz miałam spotkanie z kobrą. Zdarzało mi się czuć się trochę zamkniętą przez to, ograniczoną. Mogłam się przejść po wiosce, ale niezbyt daleko. Było fajnie, ale jednak teren i możliwości były bardzo ograniczone. Kiedy siostry to jakoś we mnie zauważały, to brały mnie na kawę do miasta. I to mi pomagało. Poznałam tam jedną siostrę, która ma ponad 90 lat, w sierocińcu jest od 40 i mówiła mi, że nie znosi monotonii. W związku z tym ciągle przemeblowuje na różne sposoby swój pokój.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Poza tym dostałam tyle ciepła i miłości od dzieciaków na miejscu, że to przesłania wszystko inne. Lęki znikają. I to nie na zasadzie wdzięczności, że się do nich przyjechało i że się pomaga, tylko na zasadzie przyjaźni i czułości. Kiedy wsiadam do samolotu w drodze powrotnej, to już zaczynam tęsknić za nimi. Potem z czasem tęsknię mniej, wdrażam się w swoje życie w Polsce. Ale myślę o nich, dzwonię, zastanawiam się, co u nich słychać. Te momenty po powrocie są najtrudniejsze. I nie ma tu tego powietrza, mojej ulubionej ciepłej wilgoci.

Jak wyglądała twoja codzienność w sierocińcu?

Miałam mały pokój, który pełnił rolę przychodni. Codziennie miałam około 30 pacjentów, tak jak w szpitalu. W samym sierocińcu było od 200 do 300 dzieci. Doświadczyłam nowych rzeczy. Pamiętam, jak się stresowałam, jak ja sobie poradzę z diagnostyką na ciemnej skórze. I fakt, trudniej rozpoznać wysypkę, gorzej widać naczynia. 25 proc. dzieci było zarażone HIV. Chorowały na choroby, o których czytałam tylko w książkach, jak malaria. Leczyłam gruźlicę, z którą nie spotkałam się wcześniej, pracując na oddziale alergologicznym. A poza tym codzienność, małe wypadki, kaszel, ospa, rozcięta głowa do opatrzenia.

 

Poznałam też zupełnie inną kulturę i to też wyposaża, dziewczynki są osobno i chłopcy osobno, nie używają sztućców, je się rękami. Są tu i teraz, trudniej z planowaniem i przewidywaniem przyszłości. Poczułam to mocno, kiedy pojechałam na inną, czwartą z kolei misję, do Etiopii. Pojechałam ze sprzętem medycznym uczyć personel i docierać do małych miejscowości. Różnice kulturowe były bardzo wyraźne. Nie do końca miałam pewność, że będą chcieli korzystać ze sprzętu. Nie chodziło o brak zaufania do nas, tylko inne postrzeganie świata. Jeśli dziś sprzęt nie jest im potrzebny, to trudno im zrozumieć, że może przyjść taki dzień, że uratuje im życie. Ale to był zupełnie inny wyjazd, ukierunkowany na opiekę nad matkami i opieką okołoporodową.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Tam pojawiły się w mojej głowie znaki zapytania, czy mamy prawo zmieniać ich mentalność, czy mam prawo wymagać, aby zaczęli myśleć inaczej. Czy muszą się dostosowywać do nas, nawet jeśli chcemy im pomóc i mamy jak najlepsze intencje. Niektórzy zastanawiają się, czy w ogóle misje w Afryce są potrzebne. I nadchodzi taki moment, kiedy chyba każdy o tym myśli. Ale ja pomyślałam, że jeśli mogę, to pomogę, jeśli gdzieś jestem potrzebna, to po protu tam pojadę i zrobię to, co mogę. Nie zastanawiam się, czy to Afryka, czy Polska.

Najtrudniejszy przypadek, z jakim mierzyłaś się na misji?

Dziewczynka, która miała wstrząs. Zaczynała się sepsa, była zupełnie zdana na mnie. W sierocińcu nie było karetki. Zresztą, nie byłaby w stanie jechać nawet, gdyby karetka była. Byłam tam jedynym lekarzem. Było zagrożenie życia. Miała HIV, drgawki, wysoką gorączkę. Wcześniej dwa razy przeszła gruźlicę. I udało się, przeżyła. To było medyczne wyzwanie. Ja jestem wierzącą osobą i mam w sobie przekonanie, że jest tak, jak miało być. Miałam tam być, miałam pomóc, udało się.

 

Dziewczyna siedząca przodem do okna

Ale nie miałam poczucia, że jestem im niezbędna. Oni sobie dają radę doskonale beze mnie. Nie czuję się niezastąpiona. Akurat wtedy miałam tam być. Ale niezbędni to oni są mnie. Trudno mi to nazwać słowami. Łączy mnie z sierocińcem wieź trudna do nazwania, szczególnie kiedy jestem tu.

Mówisz o misji jak o wolontariacie. To znaczy, że jadąc tam, nie zarabiasz pieniędzy?

Robię to za darmo. Kiedy jestem na miejscu, dostaję jedzenie i pokój na koszt sierocińca. Ale nie zarabiam na misjach.

Sierociniec w Afryce. To symbol największego braku, największych deficytów.

Misje nadają życiu sens. Czuję się człowiekiem, pełnym człowiekiem. Mam poczucie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, że ludzie w pewnym sensie są tacy sami. Czuję się dobrze. Zastanawiam się, co mogę zrobić, żeby było jeszcze fajniej.

Kiedy patrzę na moją córkę, widzę, ile misje mogą dać. Jest pewna siebie, ma szersze horyzonty. No i jest w niej chęć niesienia pomocy, kiedy to jest potrzebne. Dziś przeczytałam takie zdanie, że warto jest ogrzewać chłód, aby samemu nie tracić ciepła. Czyli dawać z siebie, aby pozostać człowiekiem.

Nie obawiałaś się wypalenia? Patrzenia na cierpienie?

Dzieci w sierocińcu mają lepiej niż dzieci, które są na ulicy. A takie w Zambii też są, żyją w skrajnym ubóstwie, są bezdomne. W sierocińcu mają szansę, szczególnie że cała edukacja i praca sióstr skupia się na tym, żeby dzieci zostały na miejscu i zmieniały świat tam, nie skupiają się na tym, żeby znaleźć im domy poza Afryką

 

stół świąteczny

Poza tym kiedy spotykasz kogoś, komu możesz pomóc, to też od niego coś dostajesz. Misje nazwałabym taką wymianą. Między dziećmi a mną. Między siostrami a mną. Bardzo trudno jest ocenić, kto komu pomaga bardziej. Zupełnie inaczej mówi się o tym albo myśli, a inaczej się tego doświadcza. Wypalenia i zobojętnienia bałam się już na studiach, myślałam, że jak będę obcować dużo z cierpieniem, to mnie to zmieni na gorsze, stracę empatię. Ale kiedy jestem potrzebna, po prostu działam zadaniowo.

Planujesz już kolejną misję?

Tak, dostałam zaproszenie na misje jesienią na Wybrzeże Kości Słoniowej. Córka też chciała jechać, ale już wtedy zacznie się szkoła, więc niestety tym razem pojadę sama.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Najnowsze w naszym serwisie

Jajko w koszulce. To jest łatwe do przygotowania, zobacz

Jajko w koszulce to jajko gotowane w wodzie bez skorupki. Nazwa znana większości z nas zazwyczaj jest kojarzona z trudnym procesem przygotowania. Udowadniamy, że to nieprawda!

Zupa orzechowa, idealna na zimę. Prosta, łatwa i zdrowa

Orzechy włoskie zazwyczaj dodajemy do wypieków, deserów, ewentualnie jako dodatek do deski serów. Warto jednak wyjść nieco poza schematy i spróbować tej oryginalnej zupy. Tak, zupy orzechowej!

10 pytań o HPV

Z wirusem HPV miała lub będzie miała kontakt co druga aktywna seksualnie osoba. Niestety, mimo powszechnego występowania dla większości ludzi wirus ten jest bardzo tajemniczy. Wokół HPV krąży wiele niedopowiedzeń, z którymi rozprawimy się raz na zawsze. Jak uchronić się przed zakażeniem i co robić, jeśli już cię dopadnie?
Grzegorz Pawłowski coach oddechem

Oddychaj, nie bój się żyć i cieszyć się z bycia długodystansowcem. Rozmowa z coachem oddechem

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Kasia, ratowniczka medyczna: człowiek ma potrzebę, żeby znowu pod tę granicę życia i śmierci podjechać

Kobieta zażywa tabletkę

„Mąż namawia mnie na tabletki, ja jednak boję się, że przytyję. Rok pracowałam na wymarzoną figurę”. Czy antykoncepcja powoduje tycie?

Grzegorz Pawłowski coach oddechem

Oddychaj, nie bój się żyć i cieszyć się z bycia długodystansowcem. Rozmowa z coachem oddechem

„Wolę pokochać zdrowego chłopaka, a nie kolegę”. Jak rozmawiać o seksie z dzieckiem z niepełnosprawnością intelektualną?

Jodie Foster: zrobiłam swoje coming out w epoce kamienia łupanego

Jurek Owsiak wraca za stery WOŚP. „Będę grał dalej z Orkiestrą. Będę dalej prezesem Fundacji!”

Nie kupisz ich w drogerii. Niebawem znikną ze sklepowych półek

Macierzyństwo nie ogranicza się do czterech ścian. Jestem mamą i karmię wszędzie. Zobacz najlepsze zdjęcia karmiących mam

Ellen Page – jestem tutaj, ponieważ jestem lesbijką

Gdańsk po śmierci Pawła Adamowicza

„Tam jest ogrom cierpienia i duża potrzeba zrozumienia”. Psycholog o rodzinie zabójcy Pawła Adamowicza

Kobieta na treningu z hantelkami

Boisz się, że trening siłowy jest niebezpieczny i może spowodować utratę okresu? Co na to specjalista? Hz kontra mity #14 Trening siłowy

„Nigdy nie usłyszałyśmy dobrego słowa od swoich mężczyzn”